If you can fill the unforgiving minute with sixty seconds worth of distance run...
Kategorie: Wszystkie | Afryka | Ameryka Płd. | Azja | Bliski Wschód | Chiny | Europa | Film | Irak | Izrael | Książki | Media | Muzyka | Odloty | Pingwiny | Polityka Zagraniczna RP | Polska | Rosja | TV | UK | USA | Wschód
RSS

Polityka Zagraniczna RP

środa, 10 lutego 2010

Polski MSZ źle zrobił nie odwołując wizyty ministra spraw zagranicznych w Warszawie kilka dni po tym, jak białoruska milicja siłą odebrała Polonii Dom Polski w Iwieńcu i zatrzymywała pod aabsurdalnymi zarzutami działaczy Związku Polaków.

Wizyta tak wysokiej rangi przedstawiciela białoruskiej rządu w kraju UE powinna być nagrodą za dobre zachowanie Mińska. Powinna być premią, bo jest medialnie głośna i w białoruskich mediach będzie słusznie przedstawiana jako kolejny przykład wychodzenia tego kraju z europejskiej izolacji.

Tymczasem sytuacja białoruskich Polaków jest z miesiąca na miesiąc coraz gorsza. Za chwilę w rękach prawowitego Związku Polaków nie będzie już żadnego Domu Polskiego, nie będzie też polskiej szkoły i działalności humanitarnej Związku. Reżim Łukaszenki będzie dalej konsolidował władzę, np. odcinając opozycję od internetu, ostatniego wolnego medium na Białorusi. Społeczeństwo obywatelskie, a raczej jego zaczątki, przestanie na Białorusi istnieć.

Odwołanie wizyty szefa białoruskiego MSZ w Warszawie nie jest zamrażaniem czegokolwiek, jest głosem sprzeciwu i uznaniem prawdy - nie mieliśmy i nie mamy żadnego wpływu na białoruskie władze. Wiara w siłę rozmowy jest przeważnie dobra, ale nie może być dogmatem.

 

piątek, 06 listopada 2009

Ambasador RP przy UE Jan Tombiński powiedział europejskim dziennikarzom, że Polska jest przeciwna kandydaturze Massimo D'Alemy na nowe stanowisko prezydenta UE ”ze względu na jego komunistyczną przeszłość”.

D'Alema nie jest już komunistą, a ambasador podkreślił, że nie chodzi o dzisiejsze opinie D'Alemy, lecz o jego poczyniania z przeszłości. Uważam, że D'Alema byłby złym prezydentem UE i mam nadzieję, że jego kandydatura przepadnie, ale...

Ale dlaczego ten sam MSZ uważa, że D'Alemie komunistyczna przeszłość przeszkadza, a Włodzimierzowi Cimoszewiczowi w walce o szefostwo Rady Europy taka sama przeszłość nie przeszkadzała?

Cimoszewicz byłby świetnym szefem Rady Europy. Był świetnym szefem dyplomacji. Nie chodzi mi więc o niego, ale o absurdalny brak konsekwencji w stanowisku polskiego rządu. Oczywiście nie liczę na to, że ktokolwiek z MSZ mi to wytłumaczy.  

środa, 21 października 2009

Wizyta wiceprezydenta Bidena nie przyniesie żadnych przełomych wydarzeń w stosunkach polsko-amerykańskich. A jednak jest bardzo ważna.

Przede wszystkim dlatego, że wreszcie do Warszawy przyjechał naprawdę wysoki rangą urzędnik amerykański. Człowiek, który ma duży wpływ na Obamę i na to, w jaki sposób prezydent postrzega świat.

Biden jest jednocześnie kimś, kto doskonale zna Europę i ją rozumie. Jako senator Biden angażował się bardzo w tworzenie amerykańskiej polityki wobec Europy, opowiadał się np. za przyjęciem Polski, Czech i Słowacji do NATO.

Wreszcie mamy więc na najwyższym szczeblu w Białym Domu kogoś, kto rozmawia z nami, może nawet nawiąże jakieś osobiste kontakty z naszymi decydentami.

To mało, ale zawsze coś. Zważywszy, jak nisko upadły ostatnio nasze stosunki, może dzięki tej wizycie zaczniemy się odbijać od dna.

czwartek, 17 września 2009

Z piątkowej GW:

Polska wciąż potrzebuje silnego sojuszu z USA. Tarcza mogła być jego podstawą, teraz trzeba po prostu poszukać czegoś w zamian

Po wczorajszej decyzji Białego Domu o rezygnacji z planów budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach stosunki Warszawy z Waszyngtonem będą się musiały zmienić. Rok 2009 okazuje się końcem bliskiego sojuszu trwającego dość długo, bo aż dziewięć lat.

Można i należy ten sojusz przedłużyć, ale na innych zasadach. Ameryka pozostaje słabnącym, lecz wciąż najważniejszym supermocarstwem na świecie, którego interesy i wartości fundamentalnie pokrywają się z naszymi. Ze względu na dysproporcję między oboma krajami sojusz ten nigdy nie będzie jednak równorzędny - to nam będzie na nim zależało bardziej niż Amerykanom. Tak było zawsze, tak jest i tak będzie.

Na przełomie lat 80. i 90. wydarzyła się rzecz wyjątkowa w naszej historii - wielkie mocarstwo i Polska miały idealnie zbieżne interesy. Obu krajom zależało na zakorzenieniu demokracji w Europie Środkowej oraz na wciągnięciu tej części Starego Kontynentu w zachodnioeuropejskie struktury polityczne i ekonomiczne. Na dodatek polska dyplomacja i polski wywiad okazały się ważnym i naprawdę skutecznym sojusznikiem USA na Bliskim Wschodzie i w krajach dawnego ZSRR.

Dziś padamy ofiarą własnego sukcesu. Europa Środkowa jest stabilna, należy do NATO i Unii Europejskiej, nie grozi jej nic strasznego, rozwija się i bogaci. Waszyngton nie musi się już nam przyglądać, ma dużo większe problemy w Afganistanie i Iranie, w Chinach i Izraelu. Czyli w miejscach, które znamy gorzej i w których mniej się, niestety, liczymy.

Tarcza antyrakietowa mogła być dobrą podstawą do nowej fazy sojuszu z USA, bo po raz pierwszy w historii mogliśmy się stać częścią systemu obronnego o wiele większego od nas sojusznika. Wiemy, że to się już nie zdarzy.

Bez tarczy musimy znaleźć inną płaszczyznę wspólnych interesów z USA. Powinniśmy odbudować osłabiony podczas zawieruchy politycznej czasów PiS sojusz naszych i amerykańskich służb specjalnych.

Nasza armia powinna pozostać w Afganistanie, bo wycofanie się stamtąd będzie odebrane w Waszyngtonie jako podstawienie nogi prezydentowi w jego najtrudniejszej i najważniejszej międzynarodowej rozgrywce.

Polska powinna promować reformę NATO, bo przyszłość Sojuszu jest dziś poważnie zagrożona kulejącą współpracą sojuszników w Afganistanie i niechęcią Europy do brania na siebie odpowiedzialności za rozwiązywanie światowych kryzysów.

Amerykanie od lat próbują zmusić Europę do większego zaangażowania i Barack Obama wkrótce powie zapatrzonym w niego zachodnioeuropejskim sojusznikom, że robią zdecydowanie za mało. Polska powinna to stanowisko USA wesprzeć.

Silne NATO leży i w naszym, i w amerykańskim interesie, bo w sprawach bezpieczeństwa narodowego każdy kraj powinien się przygotowywać na scenariusz zły, nawet jeśli dziś wydaje się on mało prawdopodobny. My i Amerykanie to świetnie rozumiemy, ale wielu naszych sojuszników z Europy Zachodniej - już nie.

Warszawa powinna wycisnąć, ile się da, z podpisanej w 2008 r. deklaracji strategicznej USA i Polski. Amerykanie mogą i powinni wziąć udział w reorganizacji polskiej armii. Polscy żołnierze powinni w większym niż dziś stopniu korzystać z amerykańskich uczelni wojskowych.

W zamian możemy zaoferować Amerykanom dalsze wsparcie w NATO i pomoc na doskonale nam znanej Ukrainie, która przez wielu amerykańskich ekspertów jest postrzegana jako potencjalne źródło poważnego międzynarodowego kryzysu w najbliższych latach.

Warszawa powinna także działać w UE na rzecz jak największego zbliżenia z Ameryką. W obliczu światowego kryzysu gospodarczego taka współpraca, głównie ekonomiczna, jest na wagę złota.

Polska nigdy nie miała problemu wyboru lojalności między sojusznikiem zza oceanu i sojusznikami z Brukseli. Stawianie tej sprawy jako konfliktu było i jest niewłaściwe. Polska powinna odgrywać rolę kraju, który oba kolosy popycha ku sobie. Takie zbliżenie leży w interesie i USA, i Europy.

 Potwierdzają się informacje „Gazety” - amerykańskiej tarczy antyrakietowej w Polsce nie będzie. Zaczyna się nowa era stosunków polsko-amerykańskich.

Priorytetem polityki zagranicznej Baracka Obamy jest Afganistan. Rozwój sytuacji w tym kraju - obok dalszych losów kryzysu gospodarczego w USA i reformy ubezpieczeń zdrowotnych - może zdecydować o tym, czy Obama pozostanie w Białym Domu na drugą kadencję w 2013 roku.

Priorytetem numer dwa tej administracji jest Iran. Jeśli Amerykanom nie uda się poskromić nuklearnych ambicji Teheranu, na Bliskim Wschodzie możemy być świadkami prawdziwej Apokalipsy. I właśnie dlatego nie będzie bazy antyrakiet w Polsce i radaru w Czechach.

Obama zdecydował, że bardziej niż tarczy w Europie Waszyngton potrzebuje wsparcia Rosji w Afganistanie i Iranie, a także zapewne w kilku innych superważnych dla USA sprawach - np. w Azji Południowo-Wschodniej i w świecie arabskim. Rezygnując z tarczy Biały Dom zyskuje przychylność Moskwy w tych sprawach, dodatkowo zaoszczędza sporo pieniędzy i likwiduje jeden z ważnych projektów ery George'a Busha.

Z punktu widzenia przyszłości 44. prezydentury USA decyzja o rezygnacji z tarczy to - jak mówią Amerykanie - „no-brainer”, czyli rozwiązanie oczywiste.

Pomysłów na temat tego, czy i jaki sojusz z Ameryką jest dziś Polsce potrzebny, jest w naszym kraju mnóstwo. Nasi politycy zgodnie z tradycją uczynią teraz z tej sprawy maczugę do obijania politycznych przeciwników, nie liczyłbym więc z ich strony na żadne światłe pomysły.

Mam natomiast nadzieję, że to publicyści i eksperci rozpoczną teraz fascynującą i bardzo potrzebną debatę na temat tego, jaka powinna być ta nowa era stosunków Warszawy i Waszyngtonu.

czwartek, 10 września 2009

No i się zacznie. Zginął kolejny polski żołnierz w Afganistanie i media dostają amoku. Wszyscy się na tym znają, wszyscy rozumieją ten kraj i wszyscy są świetnymi specjalistami od taktyki i strategii wojny antypartyzanckiej. Totalny popis ignorancji i arogancji.

Dziennikarka pyta pułkownika, czy kolejna śmierć żołnierza nie powinna wreszcie zmusić nas do rozmowy o tym, czy należy się wycofać. Pyta pułkownika, który nie jest od rozważania polityki, lecz od wykonywania rozkazów. Znany komentator brukowca FAKT, a dawnej Trybuny wie, ilu żołnierzy potrzeba, żeby zapanować nad prowincją Ghazni i doradza, jak i gdzie rozlokować nasze siły.

Jestem w tej sprawie pesymistą. Polska opinia publiczna jest tak łomotana przez takich ignorantów, że raczej nie wytrzyma i wkrótce tak zdecydowanie zażąda wycofania naszych wojsk z Afganistanu, że niezwykle czuły na sondaże rząd PO wreszcie ulegnie i naszych żołnierzy wycofa. Zanim jednak te decyzje zapadną, chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy:

1. w NATO liczą się ci, którzy dokładają się do Sojuszu albo finansowo, albo militarnie. Nasi żołnierze w Afganistanie powinni zostać, bo my chcemy i powinniśmy odgrywać w NATO jak największą rolę. Chyba, że zmieniamy naszą politykę zagraniczną i przestajemy się oglądać na Sojusz.

2. naszych żołnierzy jest w Afganistanie za mało. Rząd powinien szybko zdecydować: albo zwiększyć kontyngent, albo zmienić naszą tam misję. Ja jestem za rozwiązaniem pierwszym, ale to się wiąże ze zwiększeniem wydatków i powinno się wiązać ze zmianą naszej misji. Nasi żołnierze powinni więcej, nie mniej wychodzić w teraz i brać udział w akcjach zaczepnych, a nie tylko obronnych. Powinni być bardziej widoczni, bardziej agresywny, powinni mieć zdecydowanie więcej kontaktów z ludnością cywilną.

To wszystko wymaga jednak sporych nakładów finansowych. Jeśli rząd nie chce tych pieniędzy wydać, to powinien w NATO wynegocjować zmniejsze obszaru naszej odpowiedzialności. Ale w tym zmniejszonym obszarze powinniśmy działać zdecydowanie bardziej elastycznie i agresywnie. Już słyszę dziś te głosy, że powinniśmy się zamknąć w bazach i zająć się pilnowaniem magazynów. To absurd - skoro tak, to się wycofajmy.

Nie wystarczy bowiem być, trzeba jeszcze działać. Wojsko, które pilnuje magazynów, to ciecie i tak też jest traktowane przez sojuszników. Pakistaczycy nie zdobyli sławy, choć byli w Somalii z Amerykanami. Nasza pozycja w NATO nie jest dziś tak silna, jak byśmy chcieli, bo nasze wojsko nie jest postrzegane przez Amerykanów, Brytyjczyków, czy choćby Holendrów jako wojsko, które naprawdę walczy.

3. praca w wojsku jest niebezpieczna. Żołnierze decydują się na nią dobrowolnie. Jesteśmy im za to winni szacunek, opiekę dla ich rodzin i wszelkie możliwe przywileje. Ale strażacy też giną na służbie, a jakoś nikt nie mówi, że zamiast gasić pożary powinni jedynie ściągać koty z drzew.

4. Wojna w Afganistanie to także nasza wojna. Możemy się z niej wycofać, ale miejmy świadomość konsekwencji. Nie będziemy się liczyć w NATO, nie będziemy się liczyć w europejskich debatach o polityce zagranicznej, nie będziemy postrzegani jako sojusznik, który nie podkula ogona, gdy robi się trudno. I nie będziemy mogli wymagać tego od innych, gdyby działo się coś, na czym nam zależy. Hiszpanie z Iraku uciekli jak ostatni tchórze (ich żołnierze płakali, gdy musieli się zwijać w totalnej niesławie) i do dziś się w tych dyskusjach nie liczą.

5. świat nie wygląda tak, jak byśmy chcieli. Okazało się, że to my musimy pomagać innym, a nie czekać na ich pomoc. Nie jesteśmy potęgą gospodarczą, nie mamy genialnej dyplomacji jak Finowie czy Szwajcarzy. Mamy opinię twardego, niebojącego się byle czego sojusznika. Jak ją zniszczymy, nie będziemy mieli niczego.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
wyborcza.pl
Bartosz Węglarczyk

Szef działu zagranicznego Gazety Wyborczej

↑ top | © Agora SA | design by kate_mac
Schronisko dla Zwierząt w Łodzi

Endgame

↑ Grab this Headline Animator

Subscribe to Endgame by Email