If you can fill the unforgiving minute with sixty seconds worth of distance run...
poniedziałek, 28 grudnia 2009

Od kilku godzin TVN24 transmituje obrady komisji hazardowej. Nudy potworne. Ale jeszcze bardziej potworne jest kaleczenie języka polskiego przez posłów. Zaczęło się od posła, który SKERUJE wnioski do przewodniczącego. Potem inny poseł powiedział, że WYŁANCZA mikrofon.   Świadek nie jest w stanie wymówić ę na końcu żadnego słowa. Co za koszmar. Jedynie słowo POLSKA wszyscy są w stanie wymówić w każdym przypadku i na wdechu.

18:49, bartosz.weglarczyk , Polska
Link Komentarze (21) »
wtorek, 22 grudnia 2009

Według nieoficjalnych informacji zaginiony szyfrant wywiadu wojskowego był agentem chińskiego wywiadu. DZIENNIK nie przytacza dziś niestety żadnych dowodów i twierdzi po prostu, że taka teza jest dziś poważnie rozpatrywana przez SKW. Szkoda, ale rzeczywiście taka teza może się wydawać absurdalna jedynie dla ludzi nieznających realiów świata wywiadów.

Chiński wywiad jest dziś jednym z najbardziej agresywnych na świecie. Chińczycy oczywiście koncentrują się na Ameryce i wywiad technologiczny jest najważniejszym zadaniem chińskich agentów w USA.

Ale Chińczycy od pewnego czasu bardzo chętnie penetrują też kraje sojusznicze USA. Zaginiony szyfrant był z ich punktu widzenia idealnym źródłem informacji - poprzez niego Chińczycy mogli zajrzeć w systemy łączności NATO, a także poznać zasady działania i skład osobowy polskiego wywiadu. Ponieważ polski wywiad ściśle współpracuje i z NATO, i z Amerykanami, wszelkie wtyczki w Polsce są doskonałym sposobem na poznanie sekretów naszych większych sojuszników. Specjaliści uważają, że chiński wywiad jest jednym z najbardziej profesjonalnych na świecie - wielowiekowa tradycja zobowiązuje.

Jeśli szyfrant rzeczywiście zniknął, bo uciekł do Chin czy gdziekolwiek indziej, to jest to jedna z największych wpadek naszego kontrwywiadu po 1989 roku. Gdybyśmy żyli w cywilizowanym kraju, powinna powstać rządowa i parlamentarna komisja, powinny polecieć głowy, powinny się zmieniać procedury.

Jeśli szyfrant rzeczywiście zdradził (a podkreślam raz jeszcze, że w dzisiejszym artykule nie ma żadnego na to dowodu) to spalone są nie tylko metody łączności polskiego wywiadu wojskowego, ale także tożsamość co najmniej części oficerów i agentów polskiego wywiadu, których szyfrant szkolił. To oznacza paraliż co najmniej części prowadzonych przez nasz wywiad operacji i zagrożenie dla ludzi, którzy współracują z naszym wywiadem. To prawdziwa katastrofa.

 

09:25, bartosz.weglarczyk
Link Komentarze (16) »
piątek, 18 grudnia 2009

Z dzisiejszej GW:

Hollywoodzki film stał się tak poważną inwestycją, że mało kto decyduje się na jakieś ryzyko. Jeśli więc twórcy chcą zdziałać coś nowego, idą do telewizji. Jakie są dziś największe przeboje serialowe w USA?

Od dłuższego czasu jestem zdania, że w amerykańskiej - ale także np. brytyjskiej - telewizji dzieją się rzeczy o wiele bardziej interesujące niż w salach kinowych. O ile bowiem na dużym ekranie trafiam na coś fascynującego 2-3 razy w roku, o tyle na małym co tydzień dzieją się rzeczy niezwykłe.

Wszystko dlatego, że filmy hollywoodzkie są coraz droższe. Jeszcze w połowie lat 90. przekraczający 100 mln dol. budżet „Titanica” Jamesa Camerona był szokujący, dziś co najmniej kilkanaście filmów co roku przekracza sumę 150 mln dol. To jasne, że menedżerowie firmy, która inwestuje w nowe przedsięwzięcie 50 czy 60 mln dol., będą się starali maksymalnie obniżyć ryzyko fiaska. Dlaczego w kinie miałoby być inaczej? Hollywood najchętniej sięga więc po remaki, sequele i sztampę.

Zamówienie pilota serialu, czyli jednego odcinka na próbę, kosztuje przeważnie kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Kilkanaście odcinków to inwestycja góra kilkuset tysięcy, a przeważnie zaledwie kilkudziesięciu. Stacje telewizyjne są więc bardziej skłonne do ponoszenia ryzyka - bo wpływy z odnoszącego sukcesy serialu przekraczają dziś wpływy z niejednego kinowego hitu.

A tajemnica sukcesu? To proste: trzeba wpaść na genialny pomysł, a następnie ów pomysł z pomocą doradców i ekspertów umiejętnie obudować.

Najważniejszy jest pomysł

Największym magikiem dzisiejszej telewizji jest J.J. Abrams, który zyskał uznanie dzięki serialowi „Agentka o stu twarzach” (w Polsce pokazuje go AXN). Numerem jeden amerykańskiej telewizji stał się jednak wtedy, gdy sprzedał telewizji ABC pomysł na „Lost: Zagubionych” (AXN, TVP 2). Ten serial pokazywany dziś w ponad 60 krajach świata był największym odkryciem ostatnich telewizyjnych lat. Opowiada o grupie rozbitków feralnego lotu pasażerskiego z Australii do USA, którzy muszą przetrwać na zagubionej gdzieś na Pacyfiku tropikalnej wyspie.

Abrams - po pierwsze - napisał absolutnie powalającą pierwszą scenę pierwszego odcinka, bodaj najlepszy początek w historii seriali. Pokazuje ona pierwsze kilkanaście minut chaosu po rozbiciu się samolotu.

Po drugie - połączył w jedno kilka gatunków telewizyjnych. „Lost: Zagubieni” to serial przygodowy połączony z serialem sensacyjnym i kryminalnym, mocno przyprawiony science fiction. Są także wątki melodramatyczne.

Po trzecie - Abrams odważnie zdecydował, że „Lost: Zagubieni” nie będą zbiorem oddzielnych fabuł. Akcja płynie wartko z odcinka na odcinek i widz, który opuści choćby jeden, może nie rozumieć dalszego ciągu. To przywiązuje go do serialu.

Kiedyś było to nie do pomyślenia, bo nikt nie mógł zagwarantować, że będzie miał czas co tydzień o tej samej porze. Abrams zaryzykował, bo wiedział, że wystarczająco popularne są już nagrywarki PVR, które same odnajdują w cyfrowej kablówce ulubiony serial i nagrywają nowe odcinki na dysk twardy. Wynalazek ten całkowicie zmienił sposób oglądania telewizji przez Amerykanów. Zaledwie połowa fanów „Lost: Zagubionych” ogląda teraz nowe odcinki w telewizji w dniu premiery. Druga połowa ogląda je w wolnej chwili.

Ale to nie wszystko. Abrams wywalczył od telewizji ABC budżet, który pozwolił na doskonałe efekty specjalne i zdjęcia w efektownych plenerach Hawajów. Zrozumiał bowiem także inną rewolucyjną zmianę - większość widzów ma już telewizory HD, a większość stacji nadaje sygnał w wysokiej rozdzielczości. „Lost: Zagubieni” po prostu pięknie wyglądają - a na Hawajach są już biura podróży, które obsługują tabuny turystów szukających miejsc, gdzie powstawał serial.

Abrams zaangażował w zasadzie nieznanych aktorów. Wszyscy są dziś gwiazdami, ale początkowo gwarantowali, że widz skupi się na akcji. Po podobny zabieg sięgają zresztą realizatorzy wielu seriali - w większości z nich wszystkie role drugoplanowe i większość pierwszoplanowych grają aktorzy znani najbardziej zagorzałym fanom i krytykom.

No i wreszcie - Abrams od początku obiecał, że wszystkie zagadki „Lost: Zagubionych” zostaną wyjaśnione, i to w ciągu kilku sezonów, a nie na przykład dwudziestu. Nie jest to oczywiste w kraju, w którym są seriale zaludnione przez trzecie lub czwarte pokolenie bohaterów.

W USA za sukces uważa się te seriale, które dobrną do setnego odcinka (małe stacje kablowe potrzebują co najmniej stu odcinków, by przez dłuższy czas młócić je bez przerwy, często po kilka każdego dnia). A sto odcinków to mniej więcej pięć sezonów - seriale w USA są bowiem pokazywane od jesieni do wiosny.

Na granicy światów

Po niesamowitym sukcesie „Lost: Zagubionych” Abrams wyprodukował „Fringe: Na granicy światów” (TVN). I tutaj grają mało znani aktorzy (dziś już duże gwiazdy). I choć każdy odcinek jest zamkniętą całością, to przez cały serial przewija się jedna wielka zagadka - tajemnicza korporacja, która pracuje nad technologią pozwalającą na łączenie rzeczywistości równoległych.

„Fringe” opowiada o dwójce agentów rządowych, którzy tropią przedziwne zdarzenia wykraczające poza dzisiejszą wiedzę naukową. Jest też mężczyzna, który powraca w kolejnych odcinkach jak zły duch. Podobieństwo „Fringe” do „Z Archiwum X” jest nieprzypadkowe - serial o dwójce agentów FBI odkrywających konspirację obcych i rządu USA jest jednym z największych hitów w historii amerykańskiej telewizji.

Od kilku sezonów amerykańskie stacje ostro inwestują w seriale, które opierają się na takich właśnie niesamowitych pomysłach. Mamy więc „Układy” z Glenn Close (AXN, Polsat) w roli nieprzebierającej w środkach prawniczki. Ten serial otwiera scena brutalnego morderstwa, a potem cały pierwszy sezon poświęcony jest wyjaśnieniu, o co w tej scenie chodzi. Akcja toczy się do tyłu i ostatni odcinek kończy się tam, gdzie „zwykły” serial by się zaczął.

„FlashForward: przebłysk jutra” (AXN) przypomina nastrojem „Lost: Zagubionych”. Joseph Fiennes gra tu agenta FBI, który prowadzi śledztwo w sprawie niezwykłego zjawiska - w tym samym momencie ludzie na całym świecie stracili przytomność na 137 sekund. Większość z nich widziała wtedy przebłysk z dnia, który nastąpi za kilka miesięcy. Ci, którzy niczego nie widzieli, mogą się tylko domyślać, że tego dnia nie dożyją.

Nie ma niestety w Polsce genialnego, skrajnie realistycznego serialu „Sons of Anarchy” opowiadającego o gangu motocyklowym, który żyje z handlu bronią i narkotykami. Ta sama stacja kablowa FX, niegdyś zagłębie powtórek, wyprodukowała także zakończony już serial „Świat glin” (AXN Crime), który pokazywał świat skorumpowanych do cna policjantów w getcie Los Angeles. Ten serial wbija w fotel, bo oglądając go, łatwo zapomnieć, że to nie dokument, lecz fabuła. Ostatni odcinek dwa lata temu obejrzała rekordowa w historii amerykańskich kablówek liczba widzów.

W kanale kablowym Fox Life możemy zobaczyć serial „Mad Men” - uważany za największe obok „Zagubionych” osiągnięcie amerykańskiej telewizji ostatnich lat. To pięknie kręcona, stylowa opowieść o agencji reklamowej w Nowym Jorku na przełomie lat 50. i 60.

Serial pokazuje moment, gdy Ameryka z kapryśnego nastolatka przeistoczyła się w dojrzałego człowieka. Producenci wiernie oddali realia tamtych czasów. Bohaterowie „Mad Men” palą więc jak smoki (co we współczesnych filmach jest w zasadzie wykluczone). Mężczyźni zachowują się skandalicznie - klepią sekretarki po pupach i mówią do nich per „złotko”. Żony siedzą grzecznie w kuchniach i wychowują dzieci. To wszystko zmienia się na naszych oczach wraz z rewolucją seksualną i początkiem mody na dzieci kwiaty - i oglądanie tej przemiany jest fascynujące.

I tu zagrali początkowo kompletnie nieznani aktorzy, a serial odniósł sukces dzięki kapitalnemu scenariuszowi i znakomitej produkcji. W USA można już nawet kupić serię przepięknych garniturów wzorowanych na tych noszonych przez bohaterów serialu.

Procedura przede wszystkim

Oddzielną kategorią uwielbianych przez Amerykanów seriali są tzw. procedurale. Każdy odcinek jest tu zamkniętą całością i jest oparty na identycznej formule. Proceduralem medycznym jest popularny i u nas „Doktor House” (TVP 2). Zawdzięcza on jednak swój sukces nie tyle formule, ile osobowości grającego główną rolę Hugh Lauriego.

Najpopularniejszym dziś serialem w USA jest typowy procedural „Agenci NCIS” (AXN, TVN 7) o zespole policjantów, którzy szukają sprawców morderstw dokonywanych na lub przez oficerów i pracowników amerykańskiej marynarki wojennej. Każdy odcinek „Agentów...” wygląda identycznie. Najpierw tzw. cold open, czyli scena przed napisami początkowymi. W niej ktoś odkrywa ofiarę lub ofiary zbrodni. Potem akt I, w którym NCIS dostaje zawiadomienie o przestępstwie. Akt II to śledztwo - przeważnie z nagłym zwrotem akcji. Akt III przynosi rozwiązanie śledztwa.

Na identycznej formule opierają się „Zabójcze umysły” (AXN Crime) o psychologach FBI tropiących seryjnych morderców, „Kości” (Polsat) o specjalistach FBI od badania szkieletów, a także wszystkie kultowe „Kryminalne zagadki Las Vegas” (Hallmark, AXN) o ekipie zbierającej ślady na miejscu przestępstwa. Tu po sukcesie oryginalnego serialu rozgrywającego się w stolicy amerykańskiego hazardu realizatorzy powołali do życia dwa tzw. spin-offy, czyli seriale oparte na jednym z wątków oryginału. Mamy więc „Kryminalne zagadki Nowego Jorku” (Polsat, AXN, AXN Crime) z fantastycznym Garym Sinisem oraz „Kryminalne zagadki Miami” (Polsat, AXN).

Proceduralem jest też „Magia kłamstw” (Canal+) - serial kryminalny oparty na pomyśle naukowca, który (jak sam twierdzi) nie znosi telewizji. Dr Paul Ekman opisał tzw. mikroekspresje, czyli niezauważalny gołym okiem język ciała. Bohater „Magii...” to specjalista od języka ciała, który na zlecenie różnych agend rządowych szuka kłamców. Tu także atutem okazał się odtwórca głównej roli - znany angielski aktor teatralny Tim Roth.

Królem procedurali pozostaje „Prawo i porządek” (Hallmark), gdzie połowę odcinka zajmuje śledztwo, a drugą połowę - proces oskarżonego. Serial ten gości na ekranach TV już od 19 lat. Jego główni bohaterowie zmieniali się kilkakrotnie, ale producenci niezmiennie trzymają się sprawdzonej formuły. I ten serial doczekał się dwóch spin-offów.

Nic śmiesznego?

Zastanawia brak komedii. Jest parę hitów, m.in. „Biuro” (Comedy Central), czyli amerykański remake popularnego brytyjskiego serialu o pracownikach firmy handlującej papierem, czy ukochany serial intelektualistów, improwizowany przed kamerą „Pohamuj entuzjazm” (HBO Comedy), w którym telewizyjny odpowiednik Woody’ego Allena - znany scenarzysta Larry David - gra samego siebie i opisuje swoje liczne boje z otaczającym go światem.

Ale poza tym króluje zbrodnia i sensacja. Ostry jak brzytwa scenariusz i doskonali aktorzy. Kluczem do sukcesu serialowego jest dziś w USA dwójka ludzi - scenarzysta oraz osoba odpowiedzialna za znalezienie odtwórców głównych ról. Czego i polskim twórcom seriali gorąco życzę.

12:23, bartosz.weglarczyk
Link Komentarze (24) »
czwartek, 17 grudnia 2009

Politycy z USA, Chin, UE i wielu innych krajów próbują znaleźć jakieś kompromisowe rozwiązanie na szczycie klimatycznym w Kopenhadze. To fascynujące i bardzo dla nas ważne debaty. Ale od czasu do czasu dzieje się tam coś, co przypomina, że rozmowy klimatyczne czasem balansują na granicy kuriozum.

Takiego przerywnika dostarczył mi Hugo Chavez, prezydent Wenezueli, który przyjechał do Kopenhagi, żeby cytować Karola Marksa. Który jak wiadomo w debacie klimatycznej jest kluczowy. Chavez, najbardziej narcystyczny z dzisiejszych światowych przywódców, pomylił szczyt klimatyczny ze swoją audycją telewizyjną w Wenezueli i zaczął bełkotać o duchu kapitalizmu, który krąży po sali obrad.

Osobiście uważam, że Chavez jest bardzo pożyteczny, bo jest takim Latającym Cyrkiem Monty Pythona światowej polityki. Posłuchajcie jego skrajnie populistycznego wystąpienia w Kopenhadzie, które z klimatem nie ma nic wspólnego, ale z psychiatrykiem i owszem (Marks i duchy pojawiają się w 8. minucie nagrania):

09:48, bartosz.weglarczyk
Link Komentarze (14) »
środa, 16 grudnia 2009

Ludzie, którzy muszą koniecznie co pewien czas dla własnego zdrowia psychicznego przywalić GW, dzielą się na dwie klasy. Jedni - jak pewien zbyt wolno jego zdaniem awansujący w GW redaktor działu gospodarczego - to byli pracownicy GW, którzy z różnych powodów odeszli z GW i przed nowymi kolegami z pracy muszą stale udowadniać, że w GW pracowali całkowicie przypadkiem.

Jest i druga klasa. To ci, którzy bardzo chętnie piszą o GW, o tym co dzieje się w jej środku, nie mając o tym pojęcia. Nie mają w GW przyjaciół, nigdy tu nie pracowali, nie znają redakcji i najczęściej przenoszą na GW własne widzenie świata i własne doświadczenia z pracy. Do tej grupy należy m.in. Igor Zalewski.

Dziś w POLSCE Zalewski pisząc o sprawie Piesiewicza (w najlepszym stylu dawnego Dziennika -- na dwie nóżki, żeby nikogo nie urazić i wszystkim się przypodobać) oczywiście musi podczepić także taki właśnie ważny dla zdrowia atak na GW i pisze tak:

Medialny establishment z "Gazetą Wyborczą" w awangardzie rwie sobie włosy z głowy, ale gdyby miał niezbite dowody, że Jarosław Kaczyński pasjami śledzi w internecie strony pornograficzne, sącząc piwo, bez mrugnięcia okiem obnażyłby jego obłudę. Choć to przecież prywatna sprawa każdego z nas, co robi przed swoim laptopem.

Ja znam GW od 20 lat i wiem, że gdybyśmy mieli taką informację, to nawet nikt by nie zaproponował, żeby ją wydrukować. Ale Zalewski wie lepiej, a jego czytelnicy nielubiący GW nie zastanowią się ani przez chwilę, że argument w stylu ”opieprzam kogoś, kogo nie lubię za to, co wydaje mi się, że by zrobił w sytuacji, która teoretycznie może się zdarzyć” jest po prostu idiotyzmem.

A przy okazji - kiedy dziennikarz wchodzi do medialnego establishmentu? Bardzo chciałbym kiedyś usłyszeć definicję, bo zdaniem krytyków GW establishmentem jest każdy, kogo oni nie lubią i nikt, kogo lubią.

I skoro już jest to notka o komentatorach kochających własny talent, to jeszcze słowo o pośle Karolu Karskim, moim ukochanym specjaliście od polityki zagranicznej. Dziś w Rzepie jest duży artykuł o tym, że MSZ nie przesyła tajnych depesz od ambasadorów do innych instytucji. Rzepa powołując się na wewnętrzne pismo MSZ twierdzi, że Sikorski uważa, że depesze nie zawsze odzwieciedlają stanowisko MSZ, lecz jedynie poszczególnych placówek. Zdaniem Karskiego:

To dowód na to, że minister Sikorski nie ufa ambasadorom RP. Stwierdzenie, że informacja od ambasadora jest niemiarodajna, dezawuuje przecież rolę polskiego przedstawiciela w danym kraju.

Karski ma rację. Problem w tym, że żaden minister nigdy nie ufa wszystkim ambasadorom. Część z nich jest powołana przez inne rządy, czasem są to ludzie w ogóle nie ukrywający swoich przekonań politycznych. Lech Kaczyński też nie ufa wielu ambasadorom i nie ukrywa tego. Z niektórymi odmawia spotkania się podczas wizyty w kraju, gdzie urzędują.

To ktoś, kto przekazuje te informacje mediom (ciekawe kto to?) dezawuuje rolę polskiego ambasdora. Poseł Karski, który był przecież wiceministrem spraw zagranicznych, powinien wiedzieć, że w dyplomacji zawsze lepiej milczeć, niż podgrzewać atmosferę. Powinien, ale nie wie.

11:11, bartosz.weglarczyk , Media
Link Komentarze (24) »
niedziela, 15 listopada 2009

Kościół św. Mateusza w Auckland na Nowej Zelandii zdecydował się na nietypową kampanię reklamową. W kościele odbywają się msze dla mniejszości seksualnych i z tej okazji kościół poprosił brytyjskiego grafika Clifforda Richardsa o nową wersję jego bardzo znanej grafiki o Arce Noego.

Oto rezultat. Zwracam uwagę na dwa koguty :)

18:45, bartosz.weglarczyk , Azja
Link Komentarze (33) »
wyborcza.pl
Bartosz Węglarczyk

Szef działu zagranicznego Gazety Wyborczej

↑ top | © Agora SA | design by kate_mac
Schronisko dla Zwierząt w Łodzi

Endgame

↑ Grab this Headline Animator

Subscribe to Endgame by Email